poniedziałek, 21 września 2015
Nie oszukujmy się,
to nie będzie "Ładny Dom".
Raczej po prostu dom. Dom, w którym mieszkają ludzie.
Trochę zakurzony, trochę zagracony, trochę niewykończony, taki bardziej... używany.
Czasem gdy patrzę na zdjęcia z innych domów, tych wymuskanych, trochę mi ciarka po plecach lata. Perełki w idealnie dobranym kolorze do serwety, skomponowane ze świecznikiem, ramką do zdjęć i koszyczkiem, stojące w idealnie dobranym miejscu i układzie, perfekcyjnie oświetlone... Czy można mieszkać w domu, który wygląda jak z żurnala? Oj, można. Ale znam nas już na tyle, że wiem, że my tak nie umiemy. Nawet jeśli bym chciała.
Nastawiam się więc na wieczny remont, na wieczny bałagan, na wieczne dążenie do jakiegoś lepszego stanu. Na szczęście dom - w odróżnieniu od mieszkania - ma tę zaletę, że zawsze można wyjść do ogrodu ;) ... chociaż tam też pewnie będzie wieczny bałagan.
Tak wyglądał, gdy zobaczyliśmy go po raz pierwszy:
Tego dnia weszliśmy jedynie na podwórko. Zobaczyliśmy spory dom ukryty w chaszczach na sporej działce, z wysoką podmurówką, otoczony zielenią, przy wygodnej drodze, w pobliżu rodzinnej działki. Szukając domu właśnie takie mieliśmy założenia (poza chaszczami ;) ). Cena też była interesująca: 120 tys.
Następnym razem obejrzeliśmy dom wewnątrz. Dom odświeżony jakiś czas temu, przez kilka lat stał niezamieszkany, ale trzyma się dobrze. Myślę, że podobał nam się także dlatego, że obejrzeliśmy już wiele domów i byliśmy tym zwyczajnie zmęczeni. Ten wydawał się "przyzwoity". Poza tym był maj, kwitły bzy, było ciepło i słonecznie... aż chciało się ruszyć z robotą, coś wreszcie zacząć. A dom wydawał się taki łatwy do ogarnięcia.
Niestety, zakup trzeba było odłożyć na później - właściciele planowali weselisko w rodzinie, nie mieli ani czasu ani głowy do zajmowania się sprzedażą. Musimy czekać.
W końcu zrobił się sierpień, w międzyczasie cena wzrosła do 150 tys. Ale już napaliliśmy się, trudno było się wycofać. Nie chciało nam się dalej szukać, zresztą każde siedlisko miało swoje wady i zalety. Uznaliśmy wtedy, że za pieniądze, jakie byliśmy w stanie zaproponować, ciężko byłoby znaleźć coś lepszego i 28-ego po drobnych negocjacjach kupiliśmy dom.
Dostaliśmy klucze i zostaliśmy "na swoim".



